Urlop jak z koszmarnego snu – spływ kajakowy Drawą

FacebookinstagrammailFacebookinstagrammail

Czekasz cały rok na urlop, a potem wszystko idzie nie tak? Mam nadzieję, że Wam się takie rzeczy nie zdarzają! Mieliśmy pojechać na spływ kajakowy Drawą (o moich planach pisałam tutaj). Jak się jednak okazało, nic nie poszło, tak jak powinno.

Czy na jednym urlopie może popsuć się samochód, część towarzystwa zrezygnować już na miejscu, reszta ekipy okazać się zupełnie nie gotowa na trudności na rzece, a do tego deszcz lać kilka dni z rzędu? Niestety, na moim urlopie właśnie to się wydarzyło.

Ale od początku.


Inne moje artykuły o spływach kajakowych:

Dojazd z mechanikiem w tle

Na spływ wybieraliśmy się trzema samochodami ośmioosobową grupą. Z Gdańska to około 300 km, około 4 godziny jazdy. Niestety, nasz wysłużony samochodzik (będąc miesiąc po przeglądzie), po 200 km stracił hamulce. Na szczęście udało się bezpiecznie zatrzymać, ale co dalej? Sobotnie popołudnie, gdzieś w polu, żadne z nas nie zna się na naprawie samochodów. Wujek Google podpowiada, że najbliższy warsztat znajduje się jakieś kilkanaście kilometrów dalej, ale nieczynny. Wiadomo – weekend. Zdecydowaliśmy się ostrożnie podjechać do najbliższej wioski. Po drodze zauważyliśmy tablicę z reklamą warsztatu samochodowego! Bingo! Dzwonię na podany numer, mówię w czym rzecz (z pewną histerią w głosie) i pan zgadza się nam doraźnie pomóc. Podjechaliśmy jeszcze kawałek do warsztatu, mechanik w kilkadziesiąt minut doprowadził nasz samochód do względnej sprawności – na tyle, że mogliśmy dalej w miarę bezpiecznie ruszyć.

Spływ kajakowy Drawą

Głusko, pole namiotowe i ubytek ekipy

Po dojechaniu do celu, czyli Głuska okazało się, że oferowane nam miejsce na postawienie namiotów to … kawałeczek (zdecydowanie zbyt mały na nasze cztery namioty) wykoszonej trawy przy polnej drodze bez żadnej infrastruktury, na tyłach głośnego pikniku odbywającego się z okazji Dni Głuska. Normalnie super początek! Nasze oczekiwania były jednak ciut większe, więc znaleźliśmy sobie inne pole namiotowe w bardziej kameralnej i miłej przestrzeni, z dostępem do wody i ogniskiem. I właśnie przy ogniu spędziliśmy ten nasz pierwszy wieczór. Niestety, jak się okazało – późnym wieczorem zaczęło padać, ale rano na szczęście było już sucho. Za to dwoje z naszej kajakowej paczki stwierdziło, że jednak nie płynie z nami, tylko wraca do domu. Czemu? Właściwie nie podali żadnego konkretnego powodu, który uzasadniałby przejechanie takiej drogi tylko po to, żeby przespać się pod namiotem. Ale nic to.

Drawieński Park Narodowy

Jestem zaskoczona, jak niegościnny jest Drawieński Park Narodowy (DPN) dla kajakarzy. Dlaczego? Zaraz zrozumiecie. Żeby w ogóle płynąć Drawą na terenie parku, trzeba uiścić dwie opłaty z góry. Wszystkie pola biwakowe są administrowane przez DPN i opłata za biwakowanie jest pobierana z góry w wysokości 20 zł od osoby za dobę. Z góry – oznacza przed wypłynięciem, na początku spływu – musisz więc bardzo dokładnie wiedzieć, gdzie i kiedy chcesz nocować. Pierwszy raz spotykam się także z opłatą za korzystanie z rzeki – w lipcu 8 zł od osoby (w sierpniu 6 zł). Przy czym nie ma opłaty za wstęp do parku.

Co więcej, bilety można kupić jedynie w Drawnie lub w Głusku lub wcześniej przez internet. Przy czym właściwie nie można ich zwrócić w przypadku niewykorzystania. To znaczy można, ale dostaniemy tylko 20% wartości biletu, a cała procedura jest niezwykle biurokratyczna. Nie ma także możliwości zmiany terminu obowiązywania biletów. Czyli, jak kupimy bilety na tydzień, ale wywrócimy się, ulewa zmoczy nam wszystko, albo wydarzy się inne nieszczęście i nie będziemy w stanie kontynuować naszej przygody na Drawie, to jesteśmy do tyłu co najmniej kilkadziesiąt złotych.

Na polach namiotowych są toalety typu toi-toi, wiaty i wyznaczone miejsca na ognisko i dostępne drewno, ale nie ma dostępu do wody, nie mówiąc już o prądzie. Nie wolno też kąpać się w rzece.

Brzmi miło? Dodatkowo strażnicy leśni objeżdżają pola, żeby sprawdzić, czy posiadamy odpowiednie bilety. Co ciekawe turyści piesi i rowerowi nie ponoszą żadnych opłat za wstęp do parku, chyba że zamierzają tam nocować.

W innych parkach narodowych jest to rozwiązane inaczej, a turysta nie ma poczucia, że jest tam tylko po to, żeby zostawić kasę.

Jak widzicie, nie zapałałam miłością wielką do DPN, tym bardziej że na tle innych parków jakoś szczególnie się nie wyróżnia fauną i florą.

Spływ kajakowy rzeką Drawą

Drawa i bagaże

Drawą mieliśmy płynąć około 5-6 dni. To rzeka położona w większości w województwie zachodniopomorskim, a u ujścia wyznacza granicę między województwami: wielkopolskim i lubuskim. Częściowo przepływa przez teren Drawieńskiego Parku Narodowego. Planowaliśmy wypłynięcie z Drawnika, a zakończenie spływu w Głusku lub nieco dalej, jeśli czas i warunki na to pozwolą. To niezbyt długi odcinek, ale najeżony przeszkodami, na których zwykle traci się sporo czasu, więc dlatego nie nastawialiśmy się na duże dzienne przebiegi. W końcu to żaden wyścig.

Drawa to rzeka dość wymagająca, z dużym nurtem i licznymi przeszkodami. Na dwa dni mieliśmy mieć zapewniony transport bagaży, który miał nam umożliwić bezstresowe pokonanie dwóch najtrudniejszych odcinków. Jednak wynajmujący nam kajaki pan stwierdził, że ten pierwszy odcinek nie jest wcale taki trudny, więc może niekoniecznie chcemy narażać się na dodatkowe koszty takiego transportu? OK, skoro miejscowy mówi, że ten odcinek nie jest taki straszny, to może faktycznie nie warto? Umówiliśmy się zatem na transport bagaży dopiero na drugi dzień.

Przeszkody, wywrotka i akcja ratunkowa

Już w szóstkę zostaliśmy dowiezieni do Drawnika i w pięć kajaków (tylko mój mąż płynął z córką razem w kajaku, reszta pojedynczo) ruszyliśmy na rzekę zapakowani po brzegi bagażami. Moje pierwsze wrażenie? Naprawdę szybki nurt utrudniający spokojne manewry kajakiem. Ale damy radę! I daliśmy – do pierwszej przeszkody, która była nie więcej niż 500 m od startu 😉 Jeden z członków naszej grupy wpadł na kłodę bokiem kajaka i się przewrócił. Co gorsze, trochę spanikował i po złapaniu się kłody, przez dłuższy czas nie był w stanie wykonać żadnego rozsądnego ruchu. W końcu jego żonie udało się do niego podpłynąć, wyłowić rzeczy i namówić go na wyjście na brzeg i przeniesienie się do jej kajaka. Ale jego kajak był prawie zatopiony 🙁 Trzeba było działać, żeby zupełnie nie poszedł na dno, bo wtedy szanse na jego uratowanie byłyby bliskie zera!

Wiecie ile waży kajak pełen wody? Niesamowicie dużo! Ale we dwie babki dałyśmy radę go przeholować do brzegu i opróżnić z wody, co przy tym nurcie i głębokości naprawdę było niezłym wyczynem i do dziś się dziwię, jak nam się udało to zrobić. Grunt, że nikt nie ucierpiał, zmoczyło się tylko parę rzeczy, a tych, którzy zostali w kajakach pogryzły komary i końskie muchy.

Spływ kajakowy rzeką Drawą

Męczący spływ

Problem był jednak inny. Jak się okazało, nasz spanikowany towarzysz znacznie przecenił swoje umiejętności i trudno byłoby go nazwać doświadczonym kajakarzem… W związku z tym pięć kilometrów, które mieliśmy przepłynąć tego dnia, zajęło nam strasznie dużo czasu, gdyż nieustannie trzeba było pilnować, żeby znów się nie wywrócił 🙁 W jeszcze jednym miejscu, ze względu na zwalone drzewa, musieliśmy przenosić kajaki brzegiem, żeby scenariusz się nie powtórzył 😉 A na końcu pod mostem w Barnimiu czekał nas jeszcze uskok i bystrza, na których poczułam się, jakbym płynęła górską rzeką. I to była chyba najfajniejsza chwila na całym tym spływie!

Podobno przebyty przez nas odcinek jest jednym z najpiękniejszych rzeki Drawy, ale gdyby nie parę zdjęć, to chyba niewiele bym z niego pamiętała. PS. Wszystkie zdjęcia umieszczone we wpisie są autorstwa mojego męża, mi nie udało się zrobić ani jednego 🙁

Bystrza na rzece Drawa pod mostem w Barnimiu

Kamienna, deszcz i powrót do domu

Gdy w końcu dotarliśmy do Barnimia, byłam wykończona psychicznie. Na dodatek zaczęło lać (po drodze tylko trochę kropiło). Podjęliśmy decyzję, że na tym nasz spływ się kończy, bo nie ma co narażać więcej czyjegoś życia. Zadzwoniliśmy po transport, żeby nas odwieźli z powrotem. Noc i następny całkiem ładny, słoneczny dzień spędziliśmy na polu namiotowym w Kamiennej na terenie Drawieńskiego Parku Narodowego regenerując siły. Jednak prognozy pogody były niesprzyjające – przez następne trzy dni miało lać.

Chcieliśmy też naprawić porządnie samochód. Niestety, odwiedziliśmy w okolicy cztery warsztaty i żaden nie miał wolnych terminów na naprawę w ciągu kilku najbliższych dni. To wszystko spowodowało, że we wtorek rano złożyliśmy namioty i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Na szczęście już bez przygód.

Jak się okazało, to była dobra decyzja ze względu na pogodę, bo faktycznie przez następne trzy dni mocno lało, a w Gdańsku znów było zagrożenie powodzią.

Błędy i nauczka na przyszłość

Wybierając się na rzekę taką jak Drawa, trzeba się lepiej przygotować niż na inne, spokojniejsze rzeki. Przede wszystkim trzeba być naprawdę pewnym swoich umiejętności na kajaku, ale równie ważne jest, żeby cała ekipa prezentowała co najmniej średni poziom. Na tych odcinkach, na których chcieliśmy płynąć, nie ma miejsca dla początkujących. I choć wywrotka może zdarzyć się każdemu, znacznie inaczej się ją traktuje, gdy kajak jest prawie pusty, a inaczej, gdy mamy tam nasze najważniejsze do przetrwania bagaże, które mogą nie tylko się zamoczyć, ale także odpłynąć lub się utopić. A ciężko byłoby kontynuować spływ bez namiotu, materaca czy śpiwora.

Jakie zatem błędy popełniliśmy:

  • źle dobrana ekipa, w szczególności nie sprawdziliśmy zbyt dociekliwie, w jakim stopniu wytrawnymi kajakarzami są poszczególne osoby, szczególnie te, które płynęły z nami pierwszy raz;
  • zaufaliśmy miejscowym w sprawie transportu bagaży, mimo że mieliśmy inny plan i byliśmy gotowi ponieść dodatkowe koszty z tym związane;
  • źle zaplanowaliśmy termin spływu – nie dowierzaliśmy złym prognozom pogody, a ulewne deszcze prawdopodobnie i tak nie pozwoliłyby nam ukończyć spływu – chociaż akurat na ten czynnik nie mieliśmy wielkiego wpływu.

Czy zatem ten najgorszy wypad na kajaki zniechęcił mnie do dalszego uprawiania tego rodzaju turystyki? Oczywiście, że nie! Mimo tylu przeciwności jeszcze w tym samym tygodniu popłynęliśmy na drugi spływ! Dokąd? Odpowiedzi na to pytanie szukajcie w jednym z następnych wpisów. Bo przecież to mimo wszystko nie był koniec naszego urlopu!

A jak Wasze urlopy? Mam nadzieję, że nie były tak koszmarne, jak początek naszego. W komentarzach możecie się podzielić swoimi najgorszymi wakacjami w życiu 😉

FacebookFacebook