Ten rok był trochę wyjazdowy, ale nie zwiedziliśmy w tym roku tak dużo, jak bym chciała. To był zresztą bardzo nietypowy rok, bo bardzo wiele działo się rodzinnie i zawodowo.

Zmiany, zmiany, zmiany
Zaczęło się na początku roku od nowego członka rodziny, czyli naszego maltańczyka. Miro dołączył do naszej rodziny w marcu i wywrócił nasze życie do góry nogami. Szczególnie moje, bo miesiąc później mój mąż wyjechał na kilka miesięcy zagranicę, więc prawie cała opieka nad szczeniakiem spadła na mnie. Jakby tego było mało, to w maju zaczęłam kurs zawodowy, który zakończy się dopiero w marcu tego roku, a zajmuje cztery godziny lekcyjne dwa razy w tygodniu. Więc naprawdę jest intensywnie, tym bardziej że przecież cały czas pracuję na pełen etat, a ostatnio korki w Gdańsku nie odpuszczają (wręcz przeciwnie), więc na dojazdach spędzam około dwóch godzin dziennie. Nie zostaje mi więc zbyt dużo czasu właściwie na nic.
Na szczęście mąż we wrześniu wrócił do domu, więc choć trochę odciąża mnie z obowiązków związanych z wychodzeniem z psem. Ja zresztą bardzo je lubię, szczególnie nasze wieczorne spacery, gdy głowa odpoczywa po całym dniu.
Polska
W pierwszej połowie roku odkrywaliśmy podróże z psem. W okrojonym składzie, tj. ja z córką i psem byliśmy na Podlasiu, a później w Poznaniu. Jeszcze zanim gdziekolwiek pojechaliśmy, musieliśmy przyzwyczaić naszego pupila do podróżowania samochodem, bo początki nie były dla niego zbyt przyjemne. Jego młody błędnik nie radził sobie z takim bujaniem i cierpiał na chorobę lokomocyjną. Na szczęście dostaliśmy od weterynarza odpowiednie tabletki i na majówkę mogliśmy wybrać się na Podlasie, w okolice Suwałk.

Podlasie i Mazury
To był typowo rekreacyjny wyjazd. Mieliśmy na celu głównie odpoczynek na łonie natury. No i po raz pierwszy musiałam się zmierzyć z tym, aby nasz wyjazd dostosować do psa. Przede wszystkim trzeba było znaleźć nocleg, który przyjmie psy. Udało nam się to w Centrum Konferencyjno-Wypoczynkowym w Szelmencie. Sam obiekt nie jest pierwszej świeżości, ale jest pięknie usytuowany nad jeziorem. Były tam pyszne śniadania i faktycznie gościło tam sporo właścicieli ze swoimi mniejszymi i większymi pupilami.
W okolicy jest centrum sportu, ale nie wiem, czy działa – w maju nic nie było czynne, nawet park linowy. A oprócz tego jest tam wyciąg narciarski, a na jeziorze wyciąg do nart wodnych.

Park Linowy Twierdza Jaćwingów
Za to świetny park linowy znaleźliśmy jakieś 15 km dalej – Park Linowy Twierdza Jaćwingów. W sezonie 2025 byliśmy jednymi z pierwszych klientów, a właściwie córka, bo ja z psem tylko obserwowaliśmy ją z dołu. Miejsce spodoba się zwłaszcza wielbicielom adrenaliny, bo oferowane są dość wymagające ścieżki – na sporej wysokości (nawet 15 m), z licznymi trudnościami, a zwłaszcza z rewelacyjną, długą na 420 m tyrolką. Oczywiście dla młodszych i mniej doświadczonych są ścieżki niższe i łatwiejsze.

Mosty w Stańczykach
To jest akurat coś, co ja chciałam zobaczyć. De facto są to dwa równoległe mosty kolejowe, wzorowane na rzymskich akweduktach Pont du Gard we Francji. Na żywo robią ogromne wrażenie wysokością – aż 36 m. Od 1979 roku stanowią zabytki wpisane do rejestru zabytków.
Niedaleko znajduje się wieża widokowa, z której rozpościera się widok na akwedukty, dolinę rzeki Błędzianki, dwa jeziora: Tobellus Duży i Mały oraz Puszczę Romincką.

Suwałki
Do Suwałk wpadliśmy tylko na chwilę, trochę pospacerować i coś zjeść. Centrum miasta jest bardzo ładne, a ulica Chłodna ma swój niepowtarzalny urok. Zjedliśmy pizzę w Fuki Pizza i choć czytałam, że jest tam świetna pizza z pieca (potwierdzam!), to w lokalu było właściwie pusto. Trochę smutno, bo takie miejsca długo nie pociągną bez klientów. Dla nas równie istotne było to, że mogliśmy wejść do lokalu z naszym psiakiem, który na dodatek dostał miskę świeżej wody.

Poznań
Kolejnym naszym weekendowym wyjazdem był Poznań. Byliśmy tam w czerwcu tuż przed wakacjami. Pogodę trafiliśmy wspaniałą, było bardzo ciepło i słonecznie. Była to też okazja, żeby sprawdzić, jak Miro daje sobie radę z takimi temperaturami.
W Poznaniu byliśmy oczywiście na Starym Mieście, ale sporo przemieszczaliśmy się wokół centrum różnymi parkami. Ścisłe centrum jest niezbyt przyjazne psom, więc nie zabawiliśmy tam długo.

Jezioro Maltańskie
Znacznie przyjemniej spędziliśmy czas na Malcie. Najpierw przeszliśmy się kładką wśród drzew nad Szklarką i chociaż nie jest ona zbyt długa, to bardzo przyjemna, szczególnie w upalny dzień.
Później pospacerowaliśmy wzdłuż południowego brzegu jeziora Maltańskiego, ale doszliśmy najwyżej do połowy. To bardzo fajny sposób na spędzanie wolnego czasu na świeżym powietrzu w Poznaniu, zwłaszcza z psem.

Szachty
Najprzyjemniej wspominam jednak dzień spędzony na Szachtach. To obszar poprzemysłowy, gdzie dawniej zajmowano się produkcją cegieł. Obecnie to teren rekreacyjno-edukacyjny, z licznymi ścieżkami spacerowymi i rowerowymi wzdłuż stawów.
Znajduje się tu wieża widokowa, z której można podziwiać fragment tego rozległego terenu. Są tu też miejsca do odpoczynku, plac zabaw, punkty widokowe w postaci pomostów, ławki, na których można odpocząć w cieniu. Oczywiście jest to miejsce przyjazne psom. Sporo tam spacerowaliśmy, a i tak mam wrażenie, że przeszliśmy niewielki fragment tego zielonego terenu. Znaleźliśmy tam spokój, zieleń i odpoczynek dla ducha – wszystko, czego nam było trzeba!
Niemcy
Po krajowych wycieczkach, przyszedł czas na dalsze wakacyjne podróże. Na początku lipca naszym celem były odwiedziny u męża w Niemczech. Pracował on w jednym z najdalszych zakątków Niemiec, tuż obok granicy holenderskiej, na mało znanej polskim turystom wyspie Juist. Jednak zanim tam dojechaliśmy, po drodze zahaczyliśmy o Berlin.

Berlin
W Berlinie zatrzymaliśmy się właściwie tylko na jedno popołudnie i jedną noc, bo był to tylko nasz przystanek w drodze do Juist. Wykorzystaliśmy jednak chociaż ten krótki czas i byliśmy na Placu Poczdamskim, widzieliśmy fragmenty Muru Berlińskiego i Bramę Brandenburską. Na więcej nie starczyło czasu, ale dobre i to. Ponad 20 lat temu też byłam tylko przejazdem w Berlinie i pamiętam, że zachwycił mnie wtedy pięknie oświetlony Plac Poczdamski.
Mieliśmy jeszcze wrócić do Berlina w drodze powrotnej, ale wybraliśmy inną opcję – o tym za chwilę.

Wyspa Juist
Przyznać się, kto kiedykolwiek słyszał o wyspie Juist? A może chociaż o Wyspach Fryzyjskich? Prawdę mówiąc, nie jest to zbyt popularny kierunek wśród polskich turystów, choć pracuje tam zaskakująco dużo naszych rodaków. Wyspy Fryzyjskie znajdują się na Morzu Północnym, tuż przy granicy Niemiec z Holandią. Właściwie jest to płytkie Morze Wattowe, charakteryzujące się bardzo dużymi pływami, które powodują, że na wyspy można się dostać najwyżej raz na dobę, w ściśle określonych godzinach uzależnionych od pływów. Promy i motorówki pływają na Juist z Norddeich.

Juist przedstawia się jako oaza spokoju i miejsce do chillowania. I faktycznie na wyspie nie ma żadnych samochodów (poza strażą pożarną i lekarzem), a dostępne pojazdy to rowery, hulajnogi i wozy konne. Główną atrakcją są położone po północnej stronie wyspy piękne, piaszczyste plaże, które przypominają mi te nad Bałtykiem. Trudno tu jednak liczyć na upały, klimat nawet latem jest bardzo łagodny. Jest ciepło, ale bardzo często wieje wiatr, szczególnie popołudniami. Pewnie ze względu na ten łagodny klimat, wyspę odwiedza wielu starszych ludzi, gdyż dla nich tutejsza pogoda jest idealna.
Na wyspie największą atrakcją jest sama natura – piękne krajobrazy, także o charakterze pustynnym i szerokie plaże. Można poobserwować różnorodne ptaki, spotkać foki na wschodnim krańcu wyspy, bażanty spacerują pod oknami, a na uliczkach można natknąć się na konie. Do atrakcji wykonanych ludzką ręką można zaliczyć wieżę widokową w kształcie żagla umiejscowioną w porcie, ścieżki edukacyjne.
Na Juist można odpocząć od hałasu i tłumów. To miejsce, gdzie czas zwalnia, a jedynym dźwiękiem jest szum fal i wiatru. Tam naprawdę można odetchnąć z dala od ludzi i codziennego pośpiechu. To idealna przystań dla tych, którzy chcą pobyć blisko natury i odnaleźć wewnętrzny spokój. Choć oczywiście w samym centrum, przy porcie ludzi jest więcej, a zdarzają się nawet nieduże koncerty.
Na wyspie spędziłam pięć dni, a w drodze powrotnej, zamiast do Berlina, zajechaliśmy do Lubeki.

Lubeka
Bardzo chciałam odwiedzić Lubekę, bo słyszałam, że jest podobna do Gdańska. I faktycznie w wielu miejscach miałam wrażenie, że jestem nad Motławą, a nie nad rzeką Trave. Pospacerowaliśmy po starym mieście, zobaczyliśmy najważniejsze zabytki, takie jak np. Brama Holsztyńska, Brama Zamkowa, Ratusz, spichlerze, piękne kamieniczki podobne do tych w Gdańsku.

Tak zakończyła się nasza pierwsza część urlopu. Na początku sierpnia wyruszyliśmy z córką i psem na bardziej słoneczną i wypoczynkową część naszych wakacji. Ruszyliśmy na południe Europy do Chorwacji.

Chorwacja
Jako jedyny kierowca nie chciałam jechać bardzo daleko z Gdańska, więc za cel naszej podróży wybrałam położony na północy Chorwacji Półwysep Istria. Jednak po drodze i tak musieliśmy się zatrzymać na nocleg w Czechach – taki urok podróżowania z Gdańska.

Novigrad
W Novigradzie mieliśmy wynajęty apartament z ogródkiem w okolicach plaży Karpinjan. Ta plaża okazała się idealna dla nas, a szczególnie dla psa. Do plaży idzie się gajem oliwnym, a nad samym morzem jest zagajnik, który zapewnia cień.


Jedną z tutejszych atrakcji jest rejs statkiem o zachodzie słońca, aby zobaczyć pływające w morzu delfiny. I oczywiście się to udało. Do zachodu, co prawda trochę zabrakło, ale wycieczka była bardzo przyjemna.
Jest to też dobry punkt wypadowy do zwiedzenia całej Istrii. My głównie wypoczywaliśmy na plaży, ale udało nam się odwiedzić również Pulę, na południowym krańcu półwyspu.

Pula
Pula słynie głównie z pięknego amfiteatru rzymskiego, przypominającego Koloseum w Rzymie. My trafiliśmy akurat na próbę przed jakimś koncertem i śpiewała wtedy naprawdę super chorwacka wokalistka, choć nie mam pojęcia, jak się nazywała. Oprócz tego w parku Titov możemy zobaczyć makietę Puli. Mnie jednak, oprócz amfiteatru, najbardziej spodobały się uliczki starego miasta wokół Placu Forum. Tam znajduje się również świątynia Augusta i Ratusz. Liczne restauracje, kawiarnie, sklepy z pamiątkami i inne tworzą specyficzny południowy klimat. Na wzgórzu znajduje się również Kasztel, czyli Twierdza Wenecka.

Włochy – Triest
Z Novigradu do granicy ze Słowenią mieliśmy tylko 20 km, a do Triestu we Włoszech jest tylko 60 km i to tam postanowiliśmy się wybrać na wycieczkę. Równie dobrze można z Novigradu zrobić sobie wypad do Wenecji i to zarówno samochodem (około 220 km), jak i statkiem, które kursują z wielu portów Istrii.

Wenecję zostawiliśmy sobie jednak na inną okazję, a tymczasem wybraliśmy się do Triestu. Prawdę mówiąc, nie była to zbyt udana wycieczka, bo trochę przerosła nas ilość samochodów w mieście. Na sam wjazd na jeden z nielicznych zadaszonych parkingów, czekaliśmy 1,5 godziny. Właściwie już wtedy mieliśmy dosyć. Ale czego się można było spodziewać w samym środku sezonu?
Mimo wszystko tak do końca się nie poddaliśmy i zaczęliśmy zwiedzanie od zamku San Giusto, który mieści się na wzgórzu, w związku z czym rozciągają się stamtąd piękne widoki na miasto. Oczywiście do środka zamku nie wchodziłyśmy, bo byłyśmy z psem, zresztą takie atrakcje nie leżą w kręgu zainteresowania mojej nastolatki. 😉
Schodząc ze wzgórza natrafiliśmy przypadkiem na ogromne schody – Scala dei Giganti oraz urocze, choć trochę zaniedbane zakątki ogrodu Giardino di Via San Michele. Można tam było trochę odetchnąć od upału.

Później pokręciliśmy się trochę po ulicach Triestu, zmierzając w kierunku Canal Grande di Trieste, żeby poczuć się trochę jak w Wenecji. Nad kanałem jest wiele knajpek i tam naszą wycieczkę uratowały pyszne pizze. Objedzone na maksa, mogłyśmy uznać, że jednak opłacało się przyjechać do Triestu. 😉
Jednak szczerze mówiąc samo miasto nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia, trochę przypominało mi greckie Saloniki. W obu miastach jest szeroka morska promenada, ale nie dająca możliwości zejścia do wody, gęsta miejska zabudowa i place otwarte na morze, otoczone pięknymi budynkami. W Trieście jest to ogromny plac Piazza Unità d’Italia z fontanną Czterech Kontynentów, urzekającym ratuszem i innymi pałacami dookoła. Jednak to było trochę za mało, żeby zakochać się w tym mieście.
Kawałek za miastem jest podobno jeden z najpiękniejszych zamków położonych nad morzem – Miramare, ale moja drużyna nie miała już sił na dalsze zwiedzanie, więc niestety musiałam odpuścić.

Słowenia
Wodospady Virje, Boka i Kozjak
W drodze powrotnej z Chorwacji postanowiliśmy zatrzymać się na dwa dni w Słowenii i tam pozachwycać się trochę przyrodą. Postawiliśmy głównie na wodospady – cudowny wodospad Virje z przepiękną turkusową wodą i najwyższy w Słowenii wodospad Boka. Ten ostatni nie robił latem wielkiego wrażenia, prawdopodobnie w tym czasie było niezbyt dużo wody. Znajdują się one w Alpach Julijskich, więc doznania są oszałamiające.


Duże wrażenie zrobił na nas również wodospad Kozjak, ukryty w skalnej grocie. To jedyny wodospad z tych trzech, które widzieliśmy jednego dnia, gdzie trzeba było zapłacić za wstęp (niedużo). Wszędzie można było wejść z psem na smyczy. Do dwóch pierwszych wodospadów jest bardzo łatwo się dostać – z parkingu nie dłużej niż 15 minut. Za to do wodospadu Kozjak potrzebujemy co najmniej godzinę w jedną stronę, ale idziemy bardzo przyjemną trasą wzdłuż strumienia Kozjak, który łączy się później z rzeką Socza.

Wąwóz Vintgar
Drugiego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do Wąwozu Vintgar – to jedna z najbardziej obleganych atrakcji Słowenii, więc ludzi było sporo. Nie dziwię się, że wszyscy chcą go zobaczyć, bo faktycznie jest się czym zachwycać. Kryształowo czysta woda, liczne bystrza, mini wodospady, kolor wody od zupełnie przezroczystego przez błękit, turkus aż do zielonego powodują, że trudno oderwać oczy od tego cudu przyrody.

Bilety kupuje się przez internet na konkretną godzinę, a z ogromnych parkingów na miejsce dowiózł nas bezpłatny autobus (2025 rok). Przejście trasą zajmuje około 30-45 minut, ale ruch jest jednostronny, więc wrócić musimy dookoła, co zajmuje około godziny. Tu były fochy mojego dziecka, które pokonać mógł tylko dobry obiad. Nie było jednak już zgody na zajechanie nad niedalekie jezioro Bled, o czym marzyłam, ale cóż, trzeba było pójść na kompromis. Mam za to powód, żeby jeszcze wrócić do Słowenii, zresztą zrobię to z wielką przyjemnością, bo naprawdę jest tam pięknie.
Podsumowanie
W sumie w te wakacje zrobiłyśmy z córką i psem ponad 5 tysięcy kilometrów i odwiedziliśmy cztery kraje: Niemcy, Chorwację, Włochy i Słowenię – w tych dwóch ostatnich byłam po raz pierwszy.
Było to zupełnie nowe doświadczenie podróżować bez męża jako drugiego kierowcy i na dodatek z psem. Dla komfortu naszego milusińskiego, trzeba się było częściej zatrzymywać, noclegi również trzeba było wybierać takie, które dopuszczają psy. Także nasze aktywności (w większości) były dostosowane do Miro – nawet jeśli zwiedzaliśmy miasta, to szukaliśmy parków czy skwerów, gdzie mógłby załatwić swoje potrzeby, staraliśmy się chodzić w cieniu.
W tegorocznych podróżach musiałam też więcej odpuszczać, aby zachować dobre relacje z moją nastolatką. 😉 Zresztą celem było więcej wypoczynku, a mniej zwiedzania (zwłaszcza miast), dlatego nie wykorzystałam wszystkich możliwości. Był to inny sposób podróżowania niż wcześniej, ale wcale nie gorszy – bardziej w stylu slow, z dużą ilością rozmów z nastoletnim dzieckiem i zabawami z psem.
A jak Wam minął 2025 rok? Jakie podróże czy wycieczki odbyliście? Która z nich najbardziej zapadła Wam w pamięć i dlaczego? A może któryś z moich wyjazdów Was zainspirował?
